histeryczka

histeryczka

2014/09/15

Koniec.

Niewiele jest końców, które w swojej postaci abstrahować mogą do miana rozpoczęcia. W ogóle znaczeń, zakończenie to zakończenie bez żadnych podtekstów i dwuznaczności. Prawdopodobnie utkwiliśmy w martwym punkcie nie doszukując się niczego specjalnego w istocie dych dwóch kolokwializmów. Co bardziej cnotliwi, są zdania że koniec zawsze jest dobry, koniec to jedna wielka impreza zwieńczona karawanem uśmiechów, a może raczej wyszczerzeń. Idąc za tym rozumowaniem jeżeli coś szczęśliwe nie jest, to nie może być zakończeniem. Brzmi to trochę jak sentencja kłębiąca się w głowach disneyowskich bajkopisarzy, ale w rzeczy samej 3/4 populacji człekokształtnych w zaułkach swojej podświadomości chomikuje wiarę w prawdziwość tego stwierdzenia. Nie mniej jednak zaliczam się do tych dwóch miliardów osób, które podchodzą do zakończeń z pominięciem romantycznej zadyszki. Nie wierzę w wielkie pompatyczne happy endy, ani w to, że są czymś więcej niż tylko wymysłem ludzkich komórek, napędzającym gospodarkę.
Na swoją obronę mogę mieć pseudotkliwą historię o miłości i przemijaniu, o tym jak w przeciągu paru chwil można się zatracić bez nadziei na powrót, o tym, że dwoje ludzi może się od siebie uzależnić w sposób nieznaczny, a separacja zmienia ich patrzenie na rzeczywistość. Niczym odkrywczym nie jest stwierdzenie, że moja bazgranina bazuje na kolaboracji dwójki zbłąkanych duszyczek, których instynkt samozachowawczy przyćmił postępujące z wolna szaleństwo.