histeryczka

histeryczka

2015/12/25

O chłopcu, który kurom sklejał gniazda. #1

„To tylko seks” powiedziała. I oboje wiedzieliśmy, że to początek pięknej przyjaźni.

Wróć, w tył zwrot, za plecami marsz. Każda historia powinna jakoś się zacząć. Każda, nawet ta niekoniecznie wzniosło-treściwa, nawet ta bez moralizatorskiego bełkotania o strukturze nicości. Każda. Powinien być wstęp, rozwinięcie i zakończenie, koniecznie w tej kolejności. KONIECZNIE. Bo jak nie... bo jak nie to bęc ! I wszystko rozniesie się słowami w pył, zakurzy podłogę wytartymi klawiszami liter i wykrzyknień.
Więc zacznę mój Drogi. Wiem trzymałem Cię w napięciu przez ostatnie 3 linijki, cwaniak ze mnie, oczekiwania trzy łokcie pod powierzchnią potylicy. Spodziewasz się jakiegoś BUM, jakiegoś ŁAŁ, ŁOŁ i AH? Nie przeczę, może gdzieś za 23456 słów podniesiesz swój ociężały zadek po szklankę whiskacza bez lodu. Może. Jeśli tak to nalej od razu dwie, nie ma co sobie w życiu nałogów odmawiać!
Trzy, dwa, jeden start!

1. Narodziny histeryka
  Był piątek roku 2010. To zawsze musi być piątek i zawsze rok podzielny przez pięć. Siedziałem w ostatniej ławce. Zajęcia języka polskiego. Głupkowate spojrzenia współrówieśników goniły po ścianie za dwiema kopulującymi muchami. Panna A. i kolo G. jeszcze nie wiedzieli co to znaczy. Ja zresztą też nie wiedziałem. Był piątek, ostatnia lekcyjna. Tego byłem pewien. Tylko to trzymało w ryzach te wszystkie moje myśli. Destrukcyjny półświatek mojego id wydrapywał szramy na płachcie nieukształtowanego jeszcze ego. Mądrala ze mnie co? Rzucałem wzniosłymi słowami, tak jakbym wiedział co one znaczą. Tobie też nieźle wychodzi udawanie mądrzejszego niż w rzeczywistości. Pieprzona gra. Był piątek, godzina 14.05. Dryńńńńń. Czas spadać. Przeżyłem. Przeżyłem 5489. dzień mojego życia, a Ziemia? A Ziemia nawet nie drgnęła pod ciężarem tych wszystkich wyplutych oddechów. Tyle znaczę Ja, a Ty? Nie główkuj nad retoryką, bo gdy poznasz odpowiedź uśmieszek może Ci spłynąć wraz z tapetą zarżniętych pochlebstw. Wyszedłem przed ceglany budynek szkoły. W prawo czy w lewo? Ordynarne pytanie, jakby ilość przedeptanych metrów miała coś zmienić. Prawo. Droga dobrze znana. Trzy zakręty i dwa kilometry na północ. Nic specjalnego. Wydawało mi się, że już nigdy nic specjalnego się nie zdarzy. Wzrok przechodniów- rzewne westchnienie za ubiegłymi uciechami. Pączek z lukrem czy pierwszy pocałunek. Każdy ekstazę definiuje na swój sposób. Wolność interpretacji mówią, oboje dobrze to rozgryźliśmy. Mówią bo boją się ciszy, unikają nieznanego by wtopić się w ucacany schemat. Wróćmy do sedna. Wszystko co mieliśmy przeżyć już dawno przeleciało nam przez umemłane palce. Nie ważne czy masz 53, 22 czy 5 lat. Zmarnowałeś swój limit mrugnięć powiek. Zadowolony jesteś ? Też nie byłem. Melancholia wyssana z malinowym syropem na kaszel.
Był piątek. Tylko to się liczyło. Wszedłem do domu. Tak bardzo go nienawidziłem. Czemu? Nie wiem. Dom jak dom. Cztery ściany i dach i wszystkie moje demony zamknięte pod jedną potylicą. Zatrzasnąłem drzwi, rzuciłem plecak na ziemię. Jego też nienawidziłem. Jakby tak się zastanowić, niewiele rzeczy tolerowałem. Frustrat. Mały, snobistyczny odludek, z poczuciem niemej wyższości. Usiadłem na rogu kanapy, a łzy zaczęły płynąć mi po policzku. Rzeka lęków u źródła brązowych gał ocznych. Mięczak. Mięczak. Mięczak. Mięczakus pospolitus beznadziejus. Dźwignąłem swój kościsty tyłek. Podszedłem do szuflady, wygrzebałem srebrną, prostokątną blaszkę. Nie nazywajmy rzeczy po imieniu. Fala pozorów nakładająca się na przestrzeń buduje napięcie. Chyba. Przesunąłem powoli po skórze, wiesz tym stalowym kawałkiem czegośtam. Czerwona ciecz nieśmiało sączyła się wzdłuż fioletowej siatki żyłek, ściśle oplatającej mój nadgarstek. Piekło. A słodki ból przeszywał te wszystkie moje myśli. Po co to robiłem? I tu znów z buciorami wchodzi ta wszędobylska wolność interpretacji. Każdy ma swój stan upojenia, wyimaginowaną utopię do której ucieka. Miałem 15. lat, żadnych planów wstecz i na najbliższe dwie godziny. Krople płynu ustrojowego zabrudziły podłogę. Starłem je ręcznikiem papierowym i resztką niewinności, której jeszcze wtedy kurczowo się trzymałem. Był piątek 16.03, miałem 15 lat, a pod paznokciami krew. Ach! No i jeszcze te wszystkie ociężałe myśli.



cdn.