histeryczka

histeryczka

2015/12/27

O chłopcu, który kurom sklejał gniazda. #2

2.

Dni przelatywały mi przez palce. Sobota, wtorek, luty, maj. Pogubiłem się w korowodzie dat i terminów. Goniły mnie zmarnowane godziny, dopadała pustka wypowiadanych przytaknięć. Słowa, te brudne, obślizgłe słowa przygniatały moje dziecięce ciało do muru wzniesionego przez dorosłość. Kiwałem się tak splaszczony w takt marszu rodzicielsko-nauczycielskiego. Przynieś, podaj, pozamiataj. Grzeczny chłopiec na posyłki. Grzeczny mięczak bez krzty samozaparcia. Przecież dobrze wiedziałeś kim jestem. Prawdopodobnie wiedziałeś o tym lepiej niż ja sam. Widziałeś rządek prościutkich siekaczy. Czujnym okiem przyglądałeś się wszystkim wyuczonym do perfekcji przyzwoitościom. Widziałeś wszystko. Wszystko to czego oczekiwałeś. A ja? Nigdy Cię nie zawodziłem...

Wtorek. Wciągałem się coraz bardziej w tą całą autodestrukcję. Ośmiogodzinny czas udręki w oczekiwaniu na 2 minuty czystego, bezpretensjonalnego bólu. Gdzieś przeczytałem, że ból odróżnia życie od śmierci. Ideologiczne pierdolenie ( tak używałem dość wygórowanego języka jak na dwa stempelki w legitymacji szkolnej). Ludzie robią z siebie męczenników. Pokazowe cierpienie w zamian za płytkę z marmuru. Ludzie są beznadziejni. Nie lubiłem ich. Może nadal nie lubię. Może nie jestem człowiekiem. Może. Może. Może. Bum cyk cyk. Więc wtorek, a ja znów upajałem się milimetr po milimetrze różem swoich łap. Chciałem płonąć, stanąć ogniem przed obliczem wszechświata. Pragnąłem odrywać części moich zwłok kawałek po kawałeczku, by powolnie topić każdą z osobna w otchłani mojego jestestwa. Wiem co sobie myślisz. Grałem jak parę miliardów innych truposzy? Wtedy to miało sens! Był wtorek, a ja znów widziałem moją małą M wyjącą w kącie przez tego skurwiela na O. Łamiącym głosem wyrzucała wszystkie swoje żale. Brodziła w bagnie przeszłych wyborów. Nigdy nie rozumiałem dlaczego chybocząc się na skraju ludzie wywalają wszystkie swoje brudy. Potem wstają z kolan, strzepują okruszki ubiegłych przekleństw i przepraszają. Uniżeni słudzy własnych demonów w pogoni za pozorami nadwyrężają swoje układy nerwowe. Nigdy jej za to nie winiłem, grzecznie wybaczałem wszystkie te brzydkie słowa i policzki wymierzone w moją stronę. Powiem więcej, podobało mi się to nawet ! Szukałem w tym jakiegoś usprawiedliwienia dla mojej weltschmerzowskiej wizji życia. Cierpiętnictwo dwa piszczele ponad zdrowiem psychicznym.
Wyszedłem na ganek, niebo przesiąknięte było fioletem oddechów maluczkich. Chyba jeszcze nie wiedzieli, jak mało znaczą.
Dobrze pamiętam tamto wtorkowe niebo. To było jedno z moich ulubionych wtorkowych nieb.


cdn.